
| Jedyny prawdziwy superbohater. Artykuł z magazynu Cinema nr. 8 (sierpień 2006) | |
|
Jedyny prawdziwy superbohater Artykuł z magazynu "Cinema" nr. 8 (sierpień 2006)
Szybszy niż wystrzelona kula! Potężniejszy niż lokomotywa! Potrafi jednym odbiciem przeskoczyć wieżowiec! Patrzcie! Tam, wysoko na niebie! To ptak? To samolot? To Superman! Te słowa zna chyba każdy miłośnik opowieści o przybyszu z Kryptona, choć co ciekawe nie pojawiły się one w żadnym komiksie. Taką ekstatyczną wyliczanką rozpoczynał się w latach 40. każdy odcinek radiowego słuchowiska The Adventures of Superman. Przygodami faceta w błękitnym trykocie fascynowała się cała Ameryka. Bo też Kal-El był dosłownie wszędzie: w telewizji, w gazetach, w sklepach z zabawkami, na opakowaniach płatków śniadaniowych… Stany Zjednoczone ogarnęła prawdziwa mania. A raczej – Supermania. NARODZINY NADCZŁOWIEKA Wszystko zaczęło się w 1933 roku. Dwóch nastolatków z Cleveland, Jerry Siegel i Joe Shuster, stworzyło dla szkolnego magazynu historyjkę The Reign of the Superman. Tytułowy bohater był bezwzględnym, łysym jak kolano draniem, terroryzującym całe miasto za pomocą swoich parapsychicznych zdolności. Młodociani autorzy nie byli zadowoleni z efektu tym bardziej, że w tym samym czasie w Europie prawdziwi Übermenschen zaczynali właśnie pokazywać, na co ich stać. Siegel i Shuster postanowili poprawić nieco wyjściowy pomysł. Przede wszystkim nakazali Supermanowi walczyć ze złem. Obdarzyli go też kosmicznym pochodzeniem, parą przybranych rodziców, a także szeregiem nadzwyczajnych mocy, których z upływem czasu miało przybywać. Przypomnijmy dla porządku: tuż przed nieprzewidzianą zagładą planety Krypton pewien naukowiec umieścił własne dziecko w rakiecie i wystrzelił ją w kierunku Ziemi. Kosmiczny pocisk wylądował w Ameryce. Malcem zajęli się państwo Kentowie, starsze małżeństwo z niewielkiego miasteczka. Już jako dorosły mężczyzna, Superman rozpoczął samotną walkę ze złem. Na co dzień zaś, jako dziennikarz Clark Kent, pracował w gazecie „Daily Planet” w Metropolis. I beznadziejnie podkochiwał się w koleżance z pracy, energicznej reporterce Lois Lane. Niewiele brakowało by świat nigdy nie poznał faceta ze Szkarłatną Literą na torsie. Tak się bowiem dziwnie złożyło, że żaden wydawca nie kwapił się do publikowania przygód kosmity w trykocie. Dopiero oficyna National Periodicals (późniejsze DC Comics) przygarnęła obydwu twórców. W czerwcu 1938 roku ukazał się pierwszy numer magazynu Action Comics. I tak narodziła się gwiazda. STAROZAKONNY SUPERBOHATER Czy Superman jest Żydem? Tak, wiem pytanie brzmi jak propagandowe hasło ze sztambucha Młodzieży Wszechpolskiej. Wbrew pozorom jednak coś jest na rzeczy. Pamiętajmy o tym, iż lwia część Ojców Założycieli amerykańskiego komiksu – nie tylko autorów, ale i wydawców – była pochodzenia żydowskiego (to nie żadna faszystowska lustracja, tylko zwyczajne stwierdzenie faktu). „W komiksach i kreskówkach łatwiej wyrazić swe fantazje niżeli w konwencji realnego świata” – pisze Krzysztof Kłopotowski w książce Obalanie idoli. – Weźmy Supermana (…), krytyk Jeff Salamon sądzi, że jego twórcy, Siegel i Shuster, posłuchali wezwania syjonizmu, aby stworzyć nowe pokolenie imponujących fizycznie Muskeljuden (…)Superman był szczytem fantazji imigrantów o asymilacji w Ameryce. I w gruncie rzeczy nie pochodził z planety Krypton, jak powiada komiks. Jego duchowa ojczyzna to getto w białoruskim Mińsku. Za potwierdzenie tych słów może posłużyć dwuplanszowa historyjka z 1940 roku, How Superman Would End The War. Superman porywa Hitlera i Stalina, po czym stawia zbrodniarzy przed trybunałem w Genewie. „Moja całkowicie nie-aryjska pięść chętnie wylądowałaby na twojej szczęce, ale nie pozwala na to czas” – mówi Kal-El do Adolfa. Wątki semickie (i antysemickie) powracają co jakiś czas w komiksowym serialu. W Polsce wydano opowieść Time And Time Again, w której przeniesiony w czasie Superman ukrywa się w warszawskim getcie podczas II wojny światowej, a także ratuje naszą stolicę przed wybuchem wielkiej jak stodoła hitlerowskiej bomby atomowej. DOBRY ŁAJDAK NIE JEST ZŁY
Dzięki swemu przestępczemu geniuszowi Lex dorobił się pokaźnej fortuny, a w roku 2001 udało mu się zdobyć stanowisko najpotężniejszego człowieka na świecie: prezydenta USA. Oczywiście nasuwa się pytanie: w jaki sposób Luthor, nie dysponując żadnymi nadzwyczajnymi mocami, był w stanie zagrozić potężnemu Supermanowi? Odpowiedź jest prosta. Łotr dysponował odłamkiem zielonego kryptonitu, radioaktywnego pierwiastka z ojczystej planety Kal-Ela. Minerał całkowicie odbierał siły bohaterowi, a w efekcie mógł doprowadzić nawet do jego śmierci. Ciekawostka: kryptonit po raz pierwszy pojawił się w 1943 roku w słuchowisku radiowym, tym samym, które zasłynęło słowami: „Szybszy niż wystrzelona kula…”. Niebezpieczny kryształ w komiksie zaistniał 6 lat później. KARA Z KRYPTONA
W maju 1959 roku czytelnicy poznali kuzynkę Supermana, Karę Zor-El. Ona również przybyła z Kryptona na Ziemię, gdzie zdobyła sławę jako Supergirl. Oprócz Kary zagładę planety przetrwali liczni kryminaliści zesłani do międzywymiarowej przestrzeni, zwanej Strefą Fantomu. Wśród nich znalazły się jednostki o tak malowniczych imionach, jak Mala, Kizo, U-Ban, Dr Zadu, Ernide Ze-Da, Gra-Mo, Va-Kox, Kru-El czy znany z filmowych Supermanów generał Zod. Ten galaktyczny margines społeczny regularnie zatruwał życie Kal-Elowi, do tego stopnia, że przydomek „Ostatni Syn Kryptona” znacząco stracił na aktualności. A nie wspominam nawet o zabutelkowanym mieście Kandor ani też o ocalałym z pogromu zwierzostanie: piesku Krypto i… supermałpach. Było ich kilka: Super-Ape, King Krypton, Yango i Beppo. Wystarczy? NOWA NADZIEJA W 1986 roku wydawcy zorientowali się, że coś jest nie tak. Przygody Supermana stały się coraz bardziej wydumane, żeby nie powiedzieć groteskowe. Bohater, któremu udawało się wszystko, przestał budzić zainteresowanie. Nadeszła pora, by odświeżyć zalatujący naftaliną wizerunek Kal-Ela. Tym bardziej, że w tym samym czasie komiks jako gatunek przeszedł znaczącą przemianę; na rynku ukazały się tak przełomowe albumy jak Powrót Mrocznego Rycerza i Strażnicy. Clark Kent pilnie potrzebował liftingu. Scenarzysta i rysownik John Byrne stworzył opowieść The Man of Steel, w której przedstawił historię Supermana jeszcze raz, od początku. Zmienił wiele elementów. Po pierwsze, Kal-El stał się JEDYNYM ocalałym mieszkańcem Kryptona (żadnej Supergirl, superpsa i supermałp). Po drugie, kostium z literą S założył dopiero po maturze, a nie, jak według poprzednich wersji, w dzieciństwie. Po trzecie, jego moce zostały wreszcie ograniczone. Okazało się, że Superman zawdzięcza swe nadzwyczajne zdolności… promieniowaniu słonecznemu. Niektóre rzeczy pozostały oczywiście bez zmian. Nasz bohater na co dzień nadal udawał gapowatego dziennikarza Clarka Kenta i wciąż beznadziejnie podkochiwał się w Lois Lane. W końcu jednak (a konkretnie dopiero w 1991 roku) odważył się wyznać jej prawdę o swojej podwójnej tożsamości. I zadał sakramentalne pytanie: „Wyjdziesz za mnie?”. Oczywiście Lois zgodziła się zostać panią Supermanową. Młoda para udała się jednak przed ołtarz dopiero pięć lat później. ZABILI GO I UCIEKŁ
Z biegiem czasu wydawcy wpadali na coraz bardziej desperackie pomysły, byle tylko podtrzymać zainteresowanie serią. Na przykład w jednej z historii Kal-El stał się istotą złożoną z czystej energii i dodatkowo, za przeproszeniem, rozczłonkował się na dwa odrębne byty: Supermana Czerwonego i Błękitnego. Na szczęście wkrótce potem nasz ulubieniec powrócił do poprzedniego wcielenia w wysłużonym czerwono-niebiesko-żółtym kostiumie. Wszystkie te fabularne perypetie nie mogły przesłonić oczywistej prawdy: czytelnicy byli coraz bardziej znudzeni komiksami o przybyszu z Kryptona. Decydenci w DC Comics zaczęli zachodzić w głowę, co by tu zrobić, żeby na powrót wylansować modę na Supermana – taką, jak w latach 40. Lub choćby za czasów premiery kinowego filmu Richarda Donnera. NOWY POCZĄTEK
Oczywiście cykl Elseworlds to zaledwie margines właściwej kariery Supermana. Raczej trudno się spodziewać, by za sprawą kilku anegdotycznych opowiastek legenda Kryptończyka odżyła na nowo. Dlatego też niedawno szefowie DC Comics uciekli się do sprawdzonego zabiegu: za sprawą sagi Birthright przewinęli (kolejny raz!) do początku taśmę z przygodami Supka i znów pozmieniali, co tylko się da. Wygląda na to, że serię o wiele łatwiej ponownie zacząć, niż doprowadzić poszczególne wątki do jakiegoś sensownego finału. CZY CZŁOWIEK MOŻE LATAĆ?
Superman Richarda Donnera wszedł na ekrany w 40. rocznicę komiksowego debiutu bohatera. Oczywiście, patrząc z dzisiejszej perspektywy, efekty specjalne i scenografia mogą wydawać się mocno archaiczne, trzeba jednak powiedzieć, że niektóre rozwiązania scenariuszowe bronią się do tej pory. Nawet na tle dzisiejszych dokonań kina superbohaterskiego, produkcja Donnera prezentuje się zaskakująco świeżo (gołym okiem widać, jak bardzo inspirował się nią Sam Raimi podczas kręcenia Spider-Mana). Najbardziej staroświecko prezentuje się, niestety Lex Luthor, manierycznie zagrany przez Gene’a Hackmana. Motyw szalonego geniusza otoczonego bandą przygłupów nie wytrzymał próby czasu, a sceny z udziałem negatywnych bohaterów wyglądają jak doklejone z innego filmu. Trzeba za to zapisać na plus Hackmanowi, że wzbogacił scenariusz kilkoma świetnymi, improwizowanymi one-linerami. Gdy w pierwszej części Superman rozwala pancerne drzwi do kryjówki Luthora, ten z niezmąconym spokojem oświadcza: „Otwarte, proszę wejść”. W sequelu, w scenie więziennej, Lex ni stąd, ni zowąd zwraca się do jednego z facetów: „Chcę z powrotem moją płytę Liberace”. Niestety kolejne odsłony cyklu o Supermanie okazywały się coraz gorsze. Broni się jeszcze „dwójka” (1980), której sporą część nakręcono jednocześnie z „jedynką” („Nie rozdzielam tych filmów, dla mnie tworzą one zwartą całość”- twierdził po latach Christopher Reeve). Nawiasem mówiąc, w Supermanie II Marlon Brando miał ponownie wystąpić jako Jor-El, ojciec głównego bohatera. Aktor jednak zażyczył sobie zbyt wiele pieniędzy, w związku z czym wycięto sceny z jego udziałem. Mają one, jak wieść niesie, pojawić się w produkcji Bryana Singera. Numer trzy (1983) i cztery (1987) stały się niezamierzoną parodią przygód Kryptończyka i pogrzebały jego legendę na tyle skutecznie, że wszelkie plany ożywienia serii odłożono na bliżej nieokreśloną przyszłość. KRYZYS W SERII Także na komiksowym poletku Kal-El radził sobie nie najlepiej. Czas jego świetności przeminął. Nikt nie chciał wysłuchiwać belferskich tyrad Supermana o Prawdzie, Sprawiedliwości i Demokracji. Idol tłumów stał się reliktem przeszłości. Jakby w odpowiedzi na to nastawienie powstał kapitalny album Marka Waida i Alexa Rossa Kingdom Come. Akcja rozgrywa się w bliskiej przyszłości. Kal przedstawiony został jako zgorzkniały mędrzec, który dobrowolnie odizolował się od świata, wiedząc że nikt nie chce go słuchać. Gdy jednak zaszła taka potrzeba, raz jeszcze wkroczył do akcji, pokazując że wciąż jest Numerem Jeden wśród herosów. Tim Sale i Jeph Loeb postanowili podejść do tematu od zupełnie innej strony. Ich album Superman: For All Seasons to sielankowa opowieść o początkach kariery przerośniętego dzieciaka w trykocie. Mimo nieodzownej dozy infantylizmu i naiwności, rzecz pełna jest szlachetnego, staroświeckiego uroku, przy okazji zaś stała się inspiracją dla serialu Tajemnice Smallville. A można jeszcze inaczej. Steven T. Seagle i Teddy Kristiansen stworzyli It’s a bird… autotematyczną historię o scenarzyście, któremu DC oferuje możliwość zrobienia komiksu o Supermanie. Nieszczęśnik zabiera się do roboty… i odkrywa, że nie da się na ten temat napisać nic sensownego. Kryptończyk bowiem to chodzący (latający?) paradoks. Owszem, jest naiwny, papierowy i kompletnie niewiarygodny, ale jeśli spróbujemy zmienić w nim cokolwiek, choćby tylko pogłębić psychologicznie jego postać, to natychmiast przestanie być sobą, straci swój ikoniczny charakter. Nie da się ukryć: czas nie okazał się łaskawy dla Ostatniego Syna Kryptona. Nadal jednak dzierży palmę pierwszeństwa wśród rysunkowych postaci w trykotach. Wciąż uosabia to, co w ludziach najlepsze, wciąż jest „jedynym prawdziwym bohaterem”, jak mówi David Carradine w Kill Bill. I nawet jeśli jego osoba nie budzi już takiej fascynacji jak kiedyś, mimo wszystko trudno sobie dzisiaj wyobrazić świat bez Supermana… SUPER-FILMOGRAFIA: Superman (1948) 15- odcinkowy serial z Kirkiem Alynem. Szkielet fabuły wywodził się z komiksu, choć scenarzyści dodali sporo od siebie. Obrońca ludzkości z Kryptona zmagał się z gangiem mocno gamoniowatych złoczyńców pod wodzą niejakiej Spiker Lady. Trzydzieści lat później Kirk Alyn mignął przez sekundę, jako ojciec Lois Lane w klasycznym już Supermanie Richarda Donnera. Superman And The Mole-Man (1951) Film zapoczątkował serial o przygodach Człowieka ze Stali z George’em Reevesem. Reporter Clark Kent zdejmuje okulary i przyodziany w trykot staje w obronie futrzastych ludzi-kretów, którzy wydostali się na powierzchnię Ziemi w miasteczku Siliby i stali się celem agresji tłumu, przestraszonego ich innością. Adventure Of Superman (1952-1958) Popularny serial telewizyjny o przygodach przybysza z Kryptona, w którego postać wcielił się George Reeves. Początkowo nadawany w wersji czarno-białej (Superman miał brązowo-szary kostium), z czasem (od 53 odcinka) zyskał kolory. Łącznie powstały 104 epizody. Superman (1978) Film Richarda Donnera przez długie lata uchodził za najlepszą ekranizację komiksu i urzekł widzów nowatorstwem efektów specjalnych. Zdetronizował go dopiero Tim Burton. Atletycznie zbudowany Christopher Reeve doskonale pasował do roli Supermana. Superboy (1988-1992) Przygody Clarka Kenta (John Haymes Newton, potem Gerard Christopher) jako studenta Shuster University na Florydzie. Rzecz jest warta uwagi, bo skrypty wielu odcinków napisali scenarzyści komiksów o Supermanie. Serial zdjęto z ramówki po czterech sezonach, choć miał zupełnie niezłą oglądalność. Stała za tym firma Warner Bros, która szykowała własną serię o Człowieku ze Stali. Lois And Clark: The New Adventures Of Superman (1993-1997) Serial skupiał się na relacjach tytułowej pary: Clarka Kenta (Dean Cain) i Lois Lane (Teri Hatcher), kolegów z gazety “Daily Planet”, którzy po burzliwym związku – biorą w końcu ślub. Choć oczywiście nie zabrakło też stadka złoczyńców dla Supermana. Superman: The Animated Series (1996-2000) Bardzo udany, animowany lifting historii Człowieka ze Stali (głosu użyczył mu Timothy Daly). Justice League Unlimited (2001-2006) Serial Cartoon Network, w którym Superman wchodzi w skład tytułowej Ligi Sprawiedliwości – grupy komiksowych superbohaterów, walczących wspólnie ze złem (Batman, Martian Manhunter, Flash, Green Lantern, Wonder Woman, Hawkgirl, Aquaman i Green Arrow). Tajemnice Smallville (2001-?) Szkolne lata Supermana w konwencji Z archiwum X. Młody Clark Kent (Tom Welling) używa dyskretnie swoich mocy, powstrzymując w kolejnych odcinkach coraz to nowych złoczyńców, zyskujących niezwykłe zdolności po deszczu meteorytów, który towarzyszył jego lądowaniu na Ziemi. Clark przyjaźni się – uwaga – z Lexem Luthorem. Artykuł został napisany przez redaktora magazynu Cinema® |
|
|
Autor: Cinema |
|





Redakcja


Mówią o nim: kosmiczny harcerzyk. Narzekają, że jest papierowy, infantylny i śmieszny. Zgoda, ale to właśnie on jest wciąż NUMEREM JEDEN wśród komiksowych superherosów.
Cóż jest wart superbohater bez porządnego superłotra? W kwietniu 1940 roku na scenę dumnie wkroczył szalony naukowiec, rudy (!) Lex Luthor. Wielokrotnie próbował pokonać Kryptończyka, jak nie siłą, to podstępem, jedyne jednak, co mu z tego wyszło, to włosy. W 1941 roku Luthor zaczął paradować z łysym czerepem… i tak już zostało (zabawne wyjaśnienie tego fenomenu znajdziecie w filmowym Supermanie Richarda Donnera; ruda czupryna okazała się zwykłą peruką).
Na początku wydawało się, że Kal-El jako jedyny ocalał z planetarnej katastrofy (w jądrze Kryptona zaszła reakcja łańcuchowa, która doprowadziła do zniszczenia globu). Szybko jednak okazało się, że to nieprawda.
W tym momencie można by zakończyć historię słowami: „I żyli długo i szczęśliwie”. Tak się jednak nie stało. Scenarzyści, wychodząc z założenia, że nic tak nie ożywia akcji, jak trup, postanowili… uśmiercić Supermana. W listopadzie 1992 roku na drodze naszego bohatera stanął potworny efekt inżynierii genetycznej pod nazwą Doomsday. Kreatura o niszczycielskiej sile zaatakowała Metropolis. Kal-El postanowił go powstrzymać. Podczas walki poszło z dymem pół miasta, ale Doomsday wreszcie padł pod ciosami Supermana. Niestety, Kal-El padł również…a przynajmniej tak się wszystkim zdawało. Wkrótce potem oczywiście nasz bohater powstał z martwych i zrobił porządek z uzurpatorami, którzy w Metropolis zajęli jego miejsce (tytuł tej opowieści, Reign of the Superman, nieprzypadkowo nawiązuje do pierwszej opowiastki Siegela, tej z 1933 roku).
Od początku swojej kariery harcerzyk w trykocie stanowił łakomy kąsek dla pozakomiksowych mediów. W latach 40. powstały niesamowite kreskówki Maxa i Dave’a Fleischerów, w których Kal-El walczył m.in. z armią latających, zdalnie sterowanych robotów, żyjącymi pod ziemią ludźmi-ptakami, a także z dinozaurem odkrytym na Biegunie Północnym. Pod koniec dekady powstał cykl czarno-białych filmów, w których główną rolę zagrał Kirk Alyn. Kolejny ekranowy Superman, George Reeves, święcił triumfy w serialu kręconym w latach 1951-1958. Dla porządku wymieńmy jeszcze dwa telewizyjne wcielenia Człowieka ze Stali: Dean Cain w Lois & Clark i Tom Welling w Smallville. Żaden z aktorów nie przebił jednak sławą Christophera Reeve’a gwiazdora czterech kinowych filmów o Ostatnim Synu Kryptona.


