
| Recenzja filmu "Superman Returns" | |
|
Recenzja filmu „Superman Returns” 04.08.2006r.
„Superman powrócił… w pięknym stylu”
04.08.2006 r. – cały ten dzień był pod wielkim znakiem „S”. Zresztą całe popołudnie słuchałam opowieści Luke’a o komiksowych przygodach Człowieka ze Stali na przestrzeni epok, co jeszcze bardziej wzmogło mój „supermanowy” głód. W kinie byliśmy już po 20:00, choć seans miał się rozpocząć dopiero o 21:00. Czekanie było nie do zniesienia... Nareszcie… godzina 21:00. Napisy początkowe iście Donnerowskie, co nie do końca mnie przekonało, gdyż nie przepadałam za wcześniejszymi ekranizacjami przygód Supermana. Akcja rozpoczęła się dość spokojnie z łagodnym wprowadzeniem (plus dla Singera). Później potoczyło się dość szybko, bo przecież OUR GREATEST HERO musiał uratować swą ukochaną Lois. Kolejna rzecz, która bardzo mi się podobała – myślałam, że będą większe i monotonne przerwy pomiędzy zaskakującymi akcjami, ale wszystko było tak, jak powinno być – ani chwili się nie nudziłam! Kevin Spacey w roli Lexa Luthora, przeszedł samego siebie! Nadał postaci niebezpieczne, bezwzględne oblicze i silny charakter, a całość dopełniały humorystyczne wypowiedzi, co sprawiło, że nie można nie polubić tego charakteru. Każdy z was doskonale wie, iż mam ogromny sentyment do postaci Lexa Luthora, więc moja ocena nie może być w stu procentach obiektywna. Zawsze lubiłam „villians of the story”, a Lex zagrany przez Michaela Rosenbauma w serialu „Smallville” był dla mnie wręcz idolem. Spacey i jego Luthor jest inny – dojrzalszy, groźniejszy i bardziej zdecydowany, a przez to tak fascynujący. Jeśli chodzi o Lois Lane, to uważam, iż Kate Bosworth na tle Margot Kidder, Erici Durance czy Teri Hatcher wypadła dość przeciętnie, a niekiedy wręcz blado. Ta młodziutka aktorka jest delikatna i subtelna, więc trochę brakowało mi u niej wigoru, który prezentowały pozostałe panny Lane. Jak dla mnie Lois z filmu „Superman Returns” jest za mało wyrazista. Choć były chwilę, kiedy pokazała pazur. Jednak zdecydowanie zbyt rzadko... Za to Brandon Routh znakomicie, a wręcz wybitnie wykreował postać Człowieka ze Stali XXI wieku. To on zaskoczył mnie najbardziej. Nie znałam zupełnie tego aktora, więc nie wiedziałam czego możemy się po nim spodziewać. Brandon podjął wielkie wyzwanie wcielając się w rolę kochanego przez miliony ludzi na całym świecie Bohatera Wszechczasów. Musiał udowodnić, że jest godzien stanąć obok takich znakomitości jak Christopher Reeve na tle ikony, która stała się światowym symbolem. Z czystym sumieniem daję mu szkolną szóstkę z plusem! To co wyrażała jego twarz w trakcie filmu – radość, smutek, ból, odwaga... to wszystko wydawało się tak prawdziwe, jakby aktor czuł to rzeczywiście. Mistrzostwo! Kitty Kowalski, zabawny „dodatek” Lexa Luthora, okazuje się nie być tak zepsuta jak jej przyjaciel, ale to było dla mnie do przewidzenia. Jimmy Olsen, Martha Kent i Perry White – nie widzimy ich zbyt często, ale według mnie są tacy jak być powinni. Tyle mogę o nich napisać. Jimmy dodaje wiele humoru całej historii, zresztą podobnie jak alter ego naszego Supermana – niezdarny Clark Kent. Mamy tu jeszcze dwie inne postacie – narzeczonego panny Lane, dobrodusznego Richarda Perry’ego i jej synka, tego malutkiego chłopca, który choć z początku niepozornie, jednak nadaje całej historii wielkiego znaczenia. Mogę bez mrugnięcia okiem napisać, że jest to film dla każdego i każdy powinien go zobaczyć, ponieważ jest to jeden z tych kultowych. Fabuła wypełniona akcją, zaskakującymi scenami zawiera również elementy smutne, czasami wręcz melodramatyczne, w trakcie których, muszę przyznać, zakręciła mi się łezka w oku. Były także chwile, kiedy głośno się śmiałam. Bryan Singer skonstruował film w ten sposób, aby ani na chwilę oglądający się nie nudził, aby nie miał czasu pomyśleć o czymś innym, aby skupił się na Supermanie i postarał się zrozumieć tę postać. Nigdy nie byłam wielką fanką Supermana. Przeczytałam zaledwie kilka komiksów, obejrzałam ekranizacje z Christopherem Reeve’m i niewiele odcinków „Lois & Clark”. Moja przygoda z Człowiekiem ze Stali rozpoczęła się od serialu „Smallville”. Dlatego wielu może być zaskoczonych moją tak pozytywną oceną... zresztą ja sama jestem zdumiona. Może to jest właśnie argument „za” – nie oczekiwałam wiele, a otrzymałam znacznie ponad miarę. Wiem jedno – każdy z was inaczej odbierze ten film, bo nie da się na niego patrzeć tylko w jeden sposób. Chyba właśnie o to chodziło reżyserowi i scenarzystom – fabuła wypełniona akcją, która nie traci przez to na swej wartości.
By Matrix Luthor ®
|
|












